Jezus czeka na zaproszenie do naszego serca

W życiu ciagle brakowało mi doskonałej miłości: takiej prawdziwej, bezgranicznej, oddanej. Często szukałam jej w swoich bliźnich – w rodzicach, rodzeństwie, koleżankach i kolegach. Jako dorosły człowiek szukałam jej też w małżeństwie. Jednak moje poszukiwania prawdziwej miłości ciągle obijały się o ludzką niedoskonałość.

            I pytałam sama siebie – Jak mam znaleźć moją upragnioną miłość, co mam zrobić, które drzwi otworzyć, jaką drogą kroczyć?

W kościele na Mszy Świętej słyszałam często, że Bóg nas kocha, że umiłował nas do końca…

            I znowu zadawałam sobie pytanie – dlaczego nie czuję tej Bożej miłości? A przecież tak bardzo pragnę być kochana…

– Żeby tak bezgranicznie zakochać się w Bogu – mówiłam – wtedy na pewno byłabym szczęśliwa! Ale jak to zrobić?

            Wiedziałam już, że Bóg jest miłością, ale ja nie umiałam Go kochać…

            W styczniu tego roku trafiłam na kurs „Filipa” i tam wyznałam w ciszy, że Jezus jest moim Panem. Tydzień po zakończeniu kursu Jezus dał mi wskazówki  co mam robć, by Go pokochać.

           Powiedział: – Nie trzymaj Mnie w przedsionku, bo nie mogę wejść  chociaż ciągle pukam. Otwóż Mi drzwi  swojego serca tak bardzo szeroko, jak tylko potrafisz – wtedy wejdę i zamieszkam u ciebie, a ty będziesz wiedziała, że cię kocham miłością bezgraniczną, całkowitą i doskonałą.

            Jezus nas kocha, ale musimy chcieć otworzyć Jemu drzwi naszych serc. Nie trzymajmy Jezusa w przedsionku…

BARBARA WOŹNY

Świadectwo Życia

Rok 2003 okazał się dla mnie przełomowy. Właśnie wtedy rozpoczął się nowy rozdział mojego życia, w którym poznałem Chrystusa. Do tej pory – a jestem mężczyzną w średnim wieku – moja wiara była płytka i powierzchowna. Chodziłem do kościoła, bo tak należało czynić, ponieważ byłem ochrzczony i byłem katolikiem. Nigdy nie czułem szczególnego oddziaływania modlitwy. Nie uczestniczyłem w żadnych, większych uroczystościach kościelnych, pielgrzymkach itp.
Kiedy przybyłem kilkanaście lat temu do Rzeszowa w kwestii mojej wiary i modlitwy niewiele się zmieniło. Po pewnym czasie nowe środowisko, poznani ludzie, przeżycia osobiste zaczęły zmieniać mój stosunek do religii. Zacząłem się interesować różnymi aspektami wiary i kupować książki o tematyce religijnej. Wtedy też kupiłem Pismo Święte, które zacząłem codziennie czytać. By czuć się katolikiem wystarczyło mi uczestnictwo w niedzielnej Mszy Świętej i spowiedź raz lub dwa razy do roku.
Kiedy w moje życie wkroczył alkohol zacząłem zaniedbywać modlitwę i inne praktyki religijne. Po wytrzeźwieniu z jeszcze większą gorliwością przepraszałem Boga, błagałem o zmiłowanie nade mną i prosiłem o przebaczenie. Wiedziałem bowiem, że źle żyję i nic nie robię, by zmienić swoje postępowanie. To był najgorszy okres w moim życiu. Przestałem chodzić do kościoła i się spowiadać. Tłumaczyłem sobie, że przecież nie jestem takim złym człowiekiem, są przecież gorsi ode mnie. Alkohol sprawił, że trzykrotnie znalazłem się na granicy życia i śmierci. Po każdym kolejnym pobycie w szpitalu była spowiedź, płacz i wyrzuty sumienia. Zawodziłem nie tylko siebie, ale i moich przyjaciół, którzy mi wiele pomogli w tych trudnych chwilach. Mimo tego ciągle wracałem do starego stylu życia. Nie miałem siły i samozaparcia, aby się zmienić.
 Niejednokrotnie Bóg dawał mi do zrozumienia, że jestem kochany i że zależy Mu na mnie. Byłem jednak wtedy we władzy szatana i sił zła.
W 2003 roku w moim życiu stało się coś niesamowitego! Miłosierdzie i łaska Boga oraz modlitwy przyjaciół dokonały cudu! Jeszcze w szpitalu otrzymałem koronkę do Bożego Miłosierdzia, którą odmawiałem na palcach, ponieważ nigdy nie miałem różańca. Zacząłem dostrzegać Boga i Jego działanie we mnie. Książka, którą mi polecono „Pozwólcie ogarnąć się miłością” była dla mnie tak fascynujacą, że spisywałem z niej fragmenty, które mnie szczególnie dotknęły. Bóg stał się treścią mojego życia!
Po pewnym czasie dowiedziałem się o kursie „Filipa”, ale nie byłem pewien czy jest on dla mnie. Jednak zdecydowałem się i poszedłem. Kurs okazał się niesamowitym przeżyciem, jeszcze dwa dni po jego zakończeniu byłem jak w transie. Coś się skończyło, a ja chciałem jeszcze… więc wstąpiłem do wspólnoty modlitewno – ewangelizacyjnej „Effatha”. Dla mnie, który jeszcze kilka miesięcy wcześniej byłem bliski samounicestwienia było to trudne. Ale zrozumiałem, ze Bóg okazał mi łaskę, nie pozwolił bym odszedł z tego świata  gdy byłem zamroczony alkoholem, abym odszedł do duchowej dziczy, gdzie płacz i zgrzytanie zębów, potępienie na wieczność.
W „Effacie” poznałem młodych ludzi, którzy kochają i wielbią Jezusa. Chcą być razem i dzielić się radością z przynależności do Niego. Tutaj ciągle uczę się i doświadczam czegoś nowego. Codzienna modlitwa osobista daje mi siłę na każdy nadchodzący dzień. Odzyskałem spokój wewnętrzny, nauczyłem się przyjmować z radością i pokorą każdy dzień jaki daje mi Pan. Eucharystia, w której uczestniczę kilka razy w tygodniu umacnia mnie w tym co robię. Wiem, że Chrystus mnie prowadzi. Nie zawsze jest prosto i łatwo żyć, ale powiem za św. Piotrem „Do kogóż Panie pójdę”? Tobie zaufałem, zła się nie ulęknę.

Ps. Dziwnym zrządzeniem Boga słowa te napisałem w dniu moich urodzin.

KRZYSZTOF WÓJCIK